Doszłyśmy do wniosku, że recenzja tego polowania poza domem
lekko mija się z zamysłem naszego bloga, ale czujemy się w obowiązku ponarzekać
na złe traktowanie i niekompetencję obsługi.
Jako wegetarianka byłam przygotowana, że w takim lokalu nie
dostanę karty dań przeładowanej warzywami, więc to pomijam. Hunter zamówiła
swoją ulubioną Shoarmę, a ja wegetariańską pizzę. Po tym jak przyniesiono nam
zamówienie punktem kulminacyjnym okazał się deser. Crème
brûlée. Koniecznie uparłam się na coś słodkiego… i żałuję, że
nie kupiłam batonika w sklepie za rogiem.
Przy pierwszym podejściu crème rozsmarowany
na ściankach naczynia w którym był robiony, przykryty był „karmelową"
skorupą w kolorze węgla brunatnego. Mmm! Kucharz okazał się znawcą kuchni
francuskiej i wziął sobie do serca, że ma być „brûlée”.
Przy drugim podejściu i fochach kelnera, który po zwróceniu
uwagi przyszedł się ze mną wykłócać, że właśnie tak karmelizuje się u nich crème przyniósł zamówienie raz
jeszcze. Tym razem było lepiej, o ile śmietankowo-waniliowy budyń można nazwać crèmem brûlée.
Pizza nie była zachwycająca.
Shoarma jako ich specjał – taka jak zawsze.
Jeśli komukolwiek przyszłoby
raczyć się słodkościami w Sphinx’ie na Piotrkowskiej 93 – serdecznie… odradzamy! Za to plusem wyjścia okazało
się odkrycie Jadłodajni Dietetycznej, na jednej z mniejszych uliczek. Mamy więc
cel na następne polowanie poza domem :)
A jakie są wasze doświadczenia związane ze stołowaniem się w Sphinx’ie?
Lubicie? Polecacie? Ktoś próbował zrobić crème brûlée? Ja z czystym
sumieniem mogę polecić przepis kotlet.tv.
